Ostatni post jest zawsze najtrudniejszy.

Chciałbym Wam coś napisać…

Czytaj dalej „Ostatni post jest zawsze najtrudniejszy.”

Reklamy

Nic nie może przecież wiecznie trwać.

Jutro kończy się rok. Dla jednych będzie to po prostu koniec roku, dla innych skończy się dwutysięczny siedemnasty. Inni będą kończyć co innego. Na przykład rok w czystości. Albo kolejną zgrzewkę piwa.

Oglądałem jakis program jakiś czas temu. Mowa była o tym, że coś jest na stałe. A może gdzieś o tym czytałem? Dziś myślę, że nie ma nic na stałe. Nawet tatuaż nie jest na całe życie. Bo wyblaknie, bo na nim zrobi się nowy, bo można go usunąć. Nie ma nic pewnego. Nawet poznana kiedyś czy przed chwilą prawda nagle okazuje się być lub może okazać się nieprawdą. Nie ma nic pewnego.

Poza śmiercią.

A przecież tak wiele rzeczy nas cieszy. Spadł śnieg. Gdy to piszę, zaczyna się już topić. On też się skończy. Bo śnieg też nie jest pewny. Nawet wieczna zmarzlina. Musiałem odkopać auto rano. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile śniegu się gromadzi w kole zapasowym na bagażniku dachowym! Postanowiłem też kupić łańcuchy. Profilaktycznie. Firmy pojebało. Wszystko na ostatnią chwilę. Jak co roku. Niech mi ktoś powie, że żyjemy w cywilizowanym kraju.

Mam plan na przyszły rok. Przeżyć. Zakochać się. Może wrócić. Może zupełnie inaczej. Chcę zmienić auto. Na większe. Bo jestem dużym chłopcem. Leczę kompleks nie małej antenki tylko braku kaloryfera. Dlatego chcę mieć większe auto. W końcu kiedyś się przełamię, podjadę na zatoczkę, uchylę drzwi i zawołam: „Wskakuj Mała!

A jeszcze dodam na koniec (bo w końcu tytuł zobowiązuje, a i posty też się w którymś momencie kończą, najczęściej kropką), że.

Sennik romański…

– Dzień dobry Cygankoprawdęcipowie! … Jesteś w domie? Halo! Cygankoprawdęcipowie? Ej, do ciężkiej anielki, żeby nie powiedzieć kurwa mać, gdzie jesteś? To pewnie przez wpis o zatoce. A co jeśli coś się jej stało? Jeśli nie żyje? Z kim ja mam omawiać moje sny? Halo!!! Cygankoprawdęcipowieeeeeeee… Szlag!

Pamiętajcie Drogie Dzieci:

Muzyczna kolacja czwartkowa. Część pięćdziesiąta druga. Ostatnia.

Stanisław August Poniatowski w czwartki przy obiedzie karmił swoich gości kulturo wyższo i nauko. Ponieważ jest późno, ja będę co czwartek karmił Was mojo kulturo muzyczno. Będę grał Wam to, co mnie gra moje auto.

Zawsze był czwartek. 52 czwartki w 3 dni. 52 piosenki przez całe życie. Macie mnie, a ja Was nie mam.

Gdyby ktoś chciał w jednym miejscu, tu: Muzyczna kolacja czwartkowa. Są tam też inne szaleństwa…

Rozmowy nocą.

Inna sprawa, Różdżka mi się podoba. Daleko Jej do Przybylskiej, ale mimo wszystko. Nawet nie musi być nago.

Wczoraj grali.

Ludzie to są jednak pojebane. Tu czy tam rozmawiam. Dziko. W sensie ludzie dzikie – dziwne. Ja też jestem, ale to wiemy nie od dziś. Jednak dzikość niektórych mnie powala. Zasada „trzeba być twardym a nie miętkim” jest coraz powszechniejsza. A mnie się nie chce uderzać w twardy mur. „Prosto i jasno by nie było kwasu”? Nie, zbyt często nie da się być zimnym lub gorącym, zawsze są odcienie szarości. I kolory. Wszystko po kolei tak, jak w filmie. Tylko finał zawsze się nie zgadza.

I jeszcze ta cisza. Kurwa! – krzyczą moje trzewia, elektrony w mojej głowie i palec prawej ręki. Niektórzy widzą środkowy. Zapomniałem, jak to jest być chaosem. Za dużo sobie poukładałem i przemyślałem, i zaczynam się gubić. Choć wcale niektóre układy nie były złe. Właśnie polsat, ten, co wkrzesił Zbyszka, chce mnie do programu o ślubie życia. Iść? Nie iść? Tylko po co? By znów się spierdoliło? Rodzicielka życzyła mi, bym ułożył sobie życie. Ale czy ja mam cierpliwość do puzzli? Gdzie jest ten cholerny drugi kształt? Przegapiłem w swej nieomylności? Bez sensu. Każde stwierdzenie kreuje kolejne pytanie: Ale czy wszystko musi mieć sens? Nie rozumiem, gdy ktoś się nie odzywa, gdy ktoś kogoś bije, gdy ktoś kradnie. Ale nie muszę chyba widzieć w tym sensu. Może powinienem po prostu to zaakceptować? Nie zgadzać się z tym z automatu, ale przyjąć. Znowu wyje syrena.

Spałem dwie godziny po południu wczoraj. Nie róbcie sobie poobiednich drzemek. To jest zło. Tak samo, jak złem są trudne pytania. Dobrze, że ich nie było.

A może za szybko odpuszczam?

Sernik romański.

Ze specjalną dedykacją dla anoii.

Wszystkie składniki wyjmuję za wczasu z lodówki, aby się trochę ogrzały. Piekarnik nagrzewam do 180 stopni. 150 gram ciasteczek owsianych amaretti biorę i dokładnie rozkruszam, a następnie mieszam z 50 gramami rozpuszczonego masła. Następnie wykładam nimi spód 20 centymertowej formy, by dalej wyrównać powierzchnię wypukłą częścią łyżki. Tego onego spodu. Ofkorz nie mogę zapomnieć o uklepaniu wszystkiego. Klepanie zawsze spoko. Jak sobie już poklepię, wrzucam do lodówki do schłodzenia na około 15 minut. Jedną laskę wanilii kroję wzdłuż na pół i łyżeczką wydobywam ziarenka. Lądują te one ziarenka w większej misce z serkiem ricotta w ilości pół kilograma, ćwiartką kilo mascarpone, półszklanką cukru, migdałami zielonymi (80-100 gram). Wrzucam dwie łyżki mąki ziemniaczanej, 3 jajka i skórkę cytrynową na oko. No i jedziemy z mikserem.

Przygotowany spód polewam masą i obsypuję garścią płatków migdałowych. Forma idzie do pieczenia na 45 minut, aż się ozłoci.

Po tym czasie delikutaśnie i stopniowo otwieram drzwi i niech się studzi on ten sernik w środku. Po całkowitym wystudzeniu biorę i wkładam do lodówki na godzinę, a potem napieprzam… znaczy posypuję pudrem cukrem.

Bierzcie i jedzcie.