Muzyczna kolacja czwartkowa. Część dwudziesta pierwsza.

Stanisław August Poniatowski w czwartki przy obiedzie karmił swoich gości kulturo wyższo i nauko. Ponieważ jest późno, ja będę co czwartek karmił Was mojo kulturo muzyczno. Będę grał Wam to, co mnie gra moje auto.

Ten głos to jeden z tych głosów.

Daję Jej i nic.
Hej, Beth, kopsnij szluga…

Ochotnica.

Mam ochotnicę. To taka ochota połączona z chcicą. Czyli znaczy, że bardzo.

Lubię słowatorstwo. To takie słowotwórstwo połączone aktorstwem – napiszesz coś dziwnego i rżniesz głupa przed publiką, że to takie mądre.

Jest wieczór. Uświadamiam sobie, że niektóre problemy nie zależą ode mnie i moich decyzji. Więc nie są moimi problemami. Mój wpływ jest żaden, a wpierdalanie się między wódkę za zakąskę mądre nie będzie.

Jebią mnie też zaimki. Ale to już wiedzą wszyscy. Choć czasem ja bym wolał je.

Spotkałem się kilka razy (mam to szczęście, że wyznaję zasadę [tak, tak, mam zasady – gówniane, ale mam – niektórzy wiedzą o tym] trzeciej randki – zasadą jest, że bardzo rzadko ktoś spotkał się ze mną więcej niż 3 razy… nie rozumiem, dlaczego…) z pewną psychoterapeutką. To było za czasów, gdy częściej bywałem w Krakowie. Krystyna*, ta od sztucznej menopauzy. I Ona mi powiedziała, że każdy powinien się leczyć. Ludzie byliby normalniejsi, zdrowsi. Chodziłem na terapię, ale nie do Krystyny. W zasadzie trochę szkoda, że mnie nie chciała leczyć iykwim 😉 Morał z tej historii jest taki: chłopaki, nie bierzcie dziewczyny na pierwsze spotkanie nad Wisłę i nie siedźcie wtuleni pod kocem. Nawet, jeśli będzie się zarzekać, że jej zimno. Może to dla mnie nauczka, by nie wozić w samochodzie koca, poduszki, hamaka i dwóch kieliszków na wino…

To właśnie z Nią tworzyłem nowe słowa. Tak mi się przypomniało. Ona się przypomniała. Ale nie, nie tęsknię za Nią. W zasadzie za nikim nie tęsknię. To dobry sygnał. Znak raczej. Choć nie wszyscy mnie w to wierzą.

Relacje między ludźmi są takie popieprzone….

 

Muzyczna kolacja czwartkowa. Część dwudziesta.

Stanisław August Poniatowski w czwartki przy obiedzie karmił swoich gości kulturo wyższo i nauko. Ponieważ jest późno, ja będę co czwartek karmił Was mojo kulturo muzyczno. Będę grał Wam to, co mnie gra moje auto.

Na tych bitach się chowałem. Sedes, Psy wojny, Dezerter, Armia, Siekiera i parę innych…

Punk is not dead!

Ty chuju!

To był ciepły, majowy poranek. Zegarek wskazywał 532 czasu lokalnego. W radiu grała Trójka. Budzik. Ten sam prowadzący od lat.

Skradała się powoli. Bezszelestnie przemieściła się przez pokój. Nawet krzesło zostawione na środku nie przeszkodziło jej w sprawnym przedostaniu się do człowieka leżącego na łóżku. Dobrze, że zostawił uchylone okno – pomyślała. Dostanie się na pierwsze piętro nie stanowiło dla niej żadnego problemu.

Mężczyzna musiał być chyba bardzo zmęczony, bo nie potrzebował poprzedniego wieczoru żadnego usypiacza, by zasnąć. Nagle się wzdrygnął. Natychmiast to wychwyciła. Cofnęła się odrobinę i zamarła w bezruchu. Odczekała chwilę. Doskonale wiedziała, co chce zrobić temu mężczyźnie. To było silniejsze od niej. Można to nazwać nawet przeznaczeniem. Od małego była przygotowywana do takich zadań. Perfekcyjnie wyszkolony żołnierz. 

Gdy cel przewrócił się na drugi bok i przestał się wiercić, mogła wrócić do zadania. Zdawała sobie chyba sprawę, że to może być misja samobójcza. Takie życie – powtarzała. Znów zbliżyła się do łóżka z bronią przygotowaną do działania. Gdy była na wyciągnięcie ręki, mężczyzna znów zrobił się niespokojny. Ale uznała chyba, że albo teraz, albo nigdy.

Zaatakowała. Celnie. Mężczyzna od razu się przebudził i zaczął się bronić, ale było już za późno, by odeprzeć atak. Mężczyzna machnął ręką, chcąc opędzić się od napastniczki. W jego ciele znalazł się szpikulec. To było straszne uczucie. Rozpaczliwe ruchy kończyn górnych kolesia z łóżka na chwilę odrzuciły ją od niego. Wiedziała, że powodzenie misji stoi pod znakiem zapytania. 

Spróbowała jeszcze raz. Nie spodziewała się, że mężczyzna jest gotowy do odparcia ataku. Ba, gotów był ją zabić. Gdy znów była blisko, mężczyzna wziął potężny zamach. Trafił idealnie w miejsce. Plask uderzenia i krzyk – Ty chuju! Mężczyzna w ferworze walki w ogóle zapomniał, że to kobieta. Ale był zwycięzcą tej nierównej walki. Walki odwiecznej. Popatrzył na swoją dłoń i wytarł krew z palców w poszewkę kołdry.

Komar… Jebaniutki… Jeden zero dla mnie! – ucieszył się pod nosem. Spojrzał na obrzmiałe ramię. – Do wesela się zagoi…