Sennik romański. Pewność.

– Znowu Ty? Nie ma wytchnienia od Ciebie…

– No bo jakby mi się nic nie śniło, to bym byłbym nie przychodził. No co ja Ciebie poradzę Cygankoprawdęcipowie?

– A zatem? Słucham Ciebie.

– Pamiętasz tę czarną, co to się zjarała i mnie rzuciła, bo powiedziała, że nie ma się co okłamywać i nie ma sensu?

– No pamiętam, pamiętam. Paliliście czasem zdrowo. I co z nią?

– Oj paliliśmy. A co się działo potem… Uuuuch!

– Roman!

– Tak, tak. Zadzwoniła do mnie we śnie, znaczy nie, że dzwoni po nocach i potem nic nie pamięta, tylko wewmoim śnie, i się mnie pyta, czy z nami to na pewno koniec.

– I co jej powiedziałeś Romuś?

– No proste przecież! Potwierdziłem i rozłączyłem połączenie.

– I nie obudziłeś się z krzykiem albo co?

– Nie, raczej z uśmiechem na ustach, rozbawieniem.

– Oj bo widzisz, kobieta zmienną jest… Czasem nie wie, czego chce. Czasem jak mówi „zrobimy tak”, to myśli „nie róbmy tak”, a jak mówi „nie róbmy”, to myśli „zdecydowanie nie róbmy tak”. W tym nie musi być logiki. A może po prostu dziś świętuje i w ukryciu przekazała Ci wiadomość o swej miłości tęsknocie?

– O nie, nieśmiała to ona nie była…

Pamiętajcie Drogie Dzieci: nie wierzcie nigdy kobiecie. Szczególnie tej udającej nieśmiałą.

Z wzajemnością.

Dziś jest dzień wzajemnej adoracji. Straszna kupa. Jakiś czas temu odkryłem, że blogerzy siedzą w kupach, instagramerzy siedzą w kupach, kupa zaś siedzi w dupie. Czasem wydaje mi się to strasznie okropnie bardzo smutne. Znaczy takie kółeczka wzajemnej adoracji.

Dlatego z okazji dzisiejszego święta i by się rozweselić trochę, napiję się polskiej wódki. Za zdrowie moich adoratorów i adoratorek, które również adoruję sam. No.

Skazany na najgorsze.

W reklamie powiedzieli, że lepszy seks to lepsze życie.

I co ja mam teraz zrobić? Wysadzone mosty, zero tindera, koń zwalony, cały czas praca, wiecznie w drodze, koń zwalony, chcą mi wyłączyć łocapa, mój jedyny kontakt z laskami… A nie, przecież spaliłem mosty wysadziłem! Chroniczne zmęczenie odbierające chęć na spotkania randki, uzupełnione o złe doświadczenia i przypominam koń zwalony, i jeszcze mi Rodzicielka mówi, że to źle, że się z nikim nie spotykam.

Ja pierdolę, jak ja kocham swoje nienajlepsze życie…

Sennik romański. Nicość.

– Cygankoprawdęcipowie! Cygankoprawdęcipowie!

– Roman, weź się nie drzyj! Biją kogoś czy coś się pali?

– Bo nie zgadniesz! Zgadnij!

– Postanowiłeś sobie, że koniec z babami.

– To to też, ale nie o tym dziś. Bo wczoraj wróciłem dodom po tym całym wyjeździe i postanowiłem, że dziś nic mi się nie przyśni. I wiesz co?

– Nic Ci się nie przyśniło…

– Ja Cię… Skąd wiedziałaś??? Ty to jednak jesteś wiedźmą. Ja to nie wiem, czy jeszcze tu przyjdę…

– Oj Romuś, Romuś! Jesteś taki, no, ten… Cholerny kowid… Ale powiem Ci jedno. Przyjdziesz. Zawsze przychodzisz.

Pamiętajcie Drogie Dzieci: ludzie są przewidywalni.

Gdybym był kimś innym.

Siedzę nad kanapką z dżemem morelowym i rozmyślam nad dzisiejszą nocą. Patrząc na to, co mi się śniło, na ilość dworców kolejowych, które widziałem (a których w większości nie znam), ilość pociągów, którymi jechałem (w tym towarowych), ilość szlaków, które przemierzyłem (a większości ich chyba nie ma), to wszystko zebrane do kupy sprawiłoby, że tylko jako Starszy Wajchowy obudziłbym się zadowolony i wypoczęty. I nawet to, że się jeden wykopyrtnął, byłoby dobre, bo bez większych ofiar. W sprzęcie.

Ale nie jestem i chyba trochę mnie zmęczyła ta noc. Osobiście to jednak wolałbym śnić nie o wyimaginowanych kolejach, tylko o niektórych realnych pociągach moskiewskiego metra… Albo o Straży Granicznej. Ooooo…

Oświecenie.

Król powiedział kiedyś:

Chciałbym spotkać prostą dziewczynę, która będzie szczęśliwa, robiąc normalne, codzienne rzeczy. Chciałbym, żeby lubiła filmy, hamburgery, coca-colę i muzykę. Nie ożenię się, dopóki nie znajdę takiej dziewczyny, nawet gdyby miało to nastąpić, gdy będę miał 30, 40, a nawet 50 lat.

Moja wymarzona dziewczyna musi mieć nie mniej niż 24 lata, nie może palić i pić. Jej wzrost powinien wynosić 165–175 cm, a wymiary 85-80–85.

Gdyby król żył dzisiaj w Polsce, z pewnością nie wspomniałby o coli. Choć może jego to akurat byłoby stać.

Ślub już przerobiłem, więc nigdy nie będę królem. Ale swoje fanaberie mogę mieć. I nie musi to być 85/80/85. Choć 9 lat różnicy nie było złe.

Spotkałem kilka prawie wymarzonych kobiet Elvisa. Były te one kobiety wymarzonymi dla mnie. Ale król nie żyje, a one w mojej głupocie (wewsensie przez moją głupotę, choć może nie zawsze) też mnie już nie chcą. Może tak naprawdę nigdy nie chciały i byłem tylko przerywnikiem, klinem, miejscem na haczyku. Choć wierzę, że niekoniecznie.

Spłynęło też ostatnio na mnie oświecenie. I nie, nie to na prund.

Stwierdzenie, że pora dojrzeć do tego, kogo potrzebuję. Konkret. Czeklista, która sprawi, że będzie mi dobrze, przez co dobrze będzie Komuś. I to taka bez kompromisów.

Obecności potrzebuję, jak przystało na atencyjną kurwę, szczególnie w turbo-zjebanych momentach. Kiedyś potrafiłem przejechać ponad 100 km, żeby o 2 w nocy na chwilę posiedzieć obok na ławce albo w aucie zimą, bo było mi źle, bo stało się coś niedobrego (raz nam się przewrócił maszt we Wrocławiu, 12 metrów na 20 piętrach – tak zwyczajnie się cieszyłem, że żyję, a wcale nie musiałem), ale i po udanych akcjach. Albo gdy ktoś potrzebował. Byłem i pozwalałem być jakimś priorytetem. Nadal potrafię. Jak wróciłem z cmentarza od v. cały zaryczany, potrzebowałem się przytulić. Od kobiety, z którą się spotykałem, do której napisałem, że jest mi źle i potrzebuję się przytulić, dostałem emotkę. Była 15 minet jazdy autem przez Warszawę. Wewchuj wielki zawód. Podobna rzecz powtórzyła się z kimś innym. Nie chcę takich akcji.

Słów. Potrzebuję. Tak, czasem sam się zatkam, choć nie bez powodu. Ale mruki mi nie służą. Pewnie, że dobrze się milczy w miłym towarzystwie. Chciałbym móc odpowiedzieć dzień, gdy ktoś będzie chciał słuchać. I wysłuchać czyjegoś marnego dnia. Jasne, że nie zawsze potrafię powiedzieć wprost, o czym myślę. Że układam dziesiątki zdań, z których wychodzi bełkot. Ale słowa są jak prąd, gaz, woda. Jak jedzenie, jak powietrze, jak sylwester marzeń. Żartowałem. Tylko jak jedzenie.

Swobody i azylu, bo 24 na dobę to ja nie umiem. A może po prostu to dla mnie wygodne. I nie chcę aż tak wchodzić na głowę komuś, przy całej mojej pazerności. Wystarczy, że będę siedział w głowie. Miejmy swoje światy, które się przenikają. Moja Rodzicielka spotyka się z Dziadkiem od 30 lat. Mieszkają 160 kilometrów od siebie. Widują się przez kilka dni co dwa tygodnie. I cieszą się tym. I dają radę. Codziennie mówią do siebie przez ucho, ale żadne nie zagarnia przestrzeni drugiego. Pasi mi to. Przynajmniej dziś.

I zrozumienia oczekuję, że jeżdżę, że nie pracuję od 8 do 16. Że taką mam sytuację i nie jestem w stanie wszystkiego zaplanować. Bo rano dowiem się, że wieczorem jadę do Giżycka. Albo do Katowic. Albo na noc szlajać się zbiorkomem.

Niech będą gierki, ale te flirciarskie. Zabawne. Podszyte drugim dnem. A nie dramy, ciche dni, bo on albo bo ona. Chcę czegoś, robię to. Nie chcę, nie robię. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak to męczy. Ich samych i tę drugą osobę. Po co się męczyć? Ktoś się odzywa, dzwoni – wystarczy odebrać i powiedzieć nie mam ochoty, a nie trzy dni milczeć. To też przerobiłem. Gdy napisałem list, papierowy taki, i zostawiłem w skrzynce, łaskawie uzyskałem odpowiedź i dopust do friendzony. Tylko żeby powiedzieć wprost, trzeba było prawie kopnąć. A to nie o to chodzi. Ale ja nie potrzebuję kolejnej koleżanki. Mam ich kilka, wystarczy. Wśród nich mam Przyjaciółki, w sam raz.

A z rzeczy przyziemnych… Chcę siedzieć i się lampić. Uśmiechać. Czuć ciepło. Nie musi być przy kominku.

Nie wiem, czy to wszystko. Pewnie nie. Na pewno nic nie odpadnie, co najwyżej dołożę jeszcze. Bo skoro można wymagać ode mnie, dlaczego i ja wymagać bym nie mógłbym.

A przy tym święcie zapowiem jedno słowami Presleya. Gdy zniknę, wiedzcie, że wolę być nieprzytomny niż nieszczęśliwy. Na razie jestem zadowolony. Z siebie. Chyba. Czyli nie jest źle.

Stosunek z. Nie-zdrada.

– To tylko po koleżeńsku było Aniu. Nie płacz Aniczku. Raz to nie zdrada.

– E tam nie zdrada…

– A właśnie nie!

– Co ty mówisz?

– Że pierwszy raz nie-zdrada jest. Drugi raz inna sprawa.

– Naprawdę?

– Jak się nie jest do końca z kimś, to też nie zdrada.

– No ale ty byłeś, prawda?

– Ale to pierwszy raz, więc znosi się automatycznie.

– Pocieszasz mnie…

– Jak się włoży sam koniuszek, to też nie zdrada.

– Nie? Kiedy jeszcze nie jest zdrada?

– Na wczasach nie zdrada, odpocząć przecież trzeba, a wczasy się skończą i co tam… Jak chłop w wojsku, nie-zdrada. Nie można przez dwa lata nie tego. Kiedy mąż w delegacji… Nooo… To wiadomo. Kiedy przebywa za granicą…

– Dlaczego jak za granicą?

– Bo wtedy jakbyś nieswojego zdradzała. Po co do obcych jeździ? Po alkoholu, nie-zdrada. To się nie wie, co się robi. Po francusku, nie-zdrada.

– Po francusku też nie?

– No i bez całowania w usta to oczywiście też nie-zdrada. A my… Pierwszy raz, po alkoholu i ciutek po francusku…

– Przestań!

– To potrójna nie zdrada.

– Czuję się, jakbym zdradziła…

Był taki cykl kiedyś. Razem z kazaniami. Nie wiem, dlaczego to porzuciłem. Zdradziłem może na rzecz głupot…

Cytat pochodzi ze znanego chyba wszystkim filmu Porno. Zaś PORNO to taki Program Opisujący Reakcje Naturalne Organizmu. Patrzę na program informacyjno-publicystyczny w pewnej telewizji. Wszyscy ubrani. Dziwacy, chyba świętują. Ubrani, a pierdolą. I rozmyślam nad tematem zdrady. Wałkowany setki razy w książkach, filmach, postach i rozważaniach przy alkoholu. Zdradzają żony, mężowie, politycy, pielęgniarki i dziennikarze. Ludzie zdradzają. Zdradzają swoje przekonania, zdradzają swoich partnerów i partnerki, zdradzają swój kraj. Czy oglądanie porno to zdrada? Zadałem sobie na głos pytanie, czy jest ktoś, kto nie widział w życiu porno? I nie mam na myśli od razu brazzersów…

Czy spotkanie z innym człowiekiem to też zdrada?

I zastanawiam się, czego nie da się zdradzić. Nie przychodzi mi nic do głowy. Może to przez problemy z pamięcią. Wczoraj szukałem słowa. Komoda. Znalazłem przed chwilą. Długo zajęło. Jakieś pomysły co do nie-zdrady zanim sobie przypomnę?

Tak, zdarzyło mi się. Nie jestem z tego dumny, ale nie cofnę. I nie wracam. Człowiek chciał się wyszaleć, jak na wakacjach. Nie pamiętam, kiedy byłem na wakacjach. Zaraz się zaczną dekady… No nic, po prostu teraz chcę być lepszy.

Protest.

Polacy to jednak nie potrafią w protesty.

Zastanawiając się nad tym, dlaczego, pierwszą i jedyną rzeczą, która przyszła mi do głowy, było to, że organizatorzy protestów są kierowani przez tych, przeciwko którym się protestuje. A ciemny lud kupuje. Potem zaraz coś, o czym rozmawiałem z M., czyli to, że wewnątrz protestujących mnożą się nieporozumienia, które rozkładają protest od środka. No i zapał. Szybko gaśnie po chwilowym ogniu.

Nigdy nie potrafiliśmy w zjednoczenie.